|

archiwum
2008wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń 2007grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń 2006grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń 2005grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń 2004grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń 2003grudzień listopad
linki
kontakt
ownlog.com
layout
Wykonany przez Inez dla Szablony.Blogowicz. Należy również podziękować tej stronie.
|

2 maja 2005 // 0:02
Wstręt jako substytut słowa wstęp.
Ułatwiać sobie życie - do jakich bzdur doprowadziła nas ta nauka!
Przerażają mnie ludzie, którzy udają, ze coś twórczego odkryli cytując bez graficznych cytatów, przytaczają fragmenty nigdy nie przeczytanych książek, wierszy, nigdy nie słyszanych piosenek. Znajdują gdzieś w necie, usłyszą w reklamie, zobaczą na czyjej koszulce... I tacy są zadowoleni z siebie, z elokwencji swej, z oryginalności, z 'wow&' jakie ludzie wypowiadają z otwartymi szeroko ustami podziwiając ich szalenie niezwyczajne gesty i słowa.
Jak smutne musi być życie człowieka, który ciągle udaje, że jest kimś innym, że pasjonuje się czymś, a w gruncie rzeczy okazuje się, że jedyną jego pasją jest złodziejstwo słów, zachowań, emocji, postaw, min, gestów, zapachów...
Jak często łapiemy się w pułapkę 'wiedzy' oglądając jedynie relacje w tv, czytając krótkie notki w necie, licząc na kompetentność 'osób publicznych'. Odnosimy się krytycznie do rzuconych w przelocie zdań, komentujemy. Bzdury!
To jakby umieć wypełniać jedynie formularz szukając odpowiedzi podanych poniżej. Nie na tym polega Bycie! Nawet jeśli nie wiem do końca na czym ono polega, wiem na czym nie polega - metodą wykluczeń też można dojść do celu.
Wrzeszczeć mi się chce, nie wiem nawet czy nie po części tez na samą siebie.
Jak mnie dobija ta sytuacja, w której muszę się uśmiechać do kabotynów, a trzasnęłabym w łeb dla opamiętania.
(8)

6 maja 2005 // 22:35
Przyszedł dziś do mnie Ricardo, przesiedział całe popołudnie, wieczór, siedziałby do rana.
Jest tylko wspomnieniem, ale czasem po prostu przychodzi. Siada, patrzy tym swoim nieuporządkowanym wzrokiem, coś mówi łamaną angielszczyzną, uroczo głaszcze delikatnością swojego bycia. Pachnie tam samo - przysięgłabym, że On się z tym zapachem urodził. A ja się bawię, podglądam wyłaniający się spod rękawka tatuaż, szukam tego niekontrolowanego ruchu brwiami, który mają dzieci dziwiąc się nieoczywistości świata.
Ocierają się o siebie dwa zupełnie różne istnienia. On mnie podziwia choć nie rozumie, ja go nie rozumiem choć podziwiam. Gramy, bez zasad, bez zbędnych ruchów, zawieszają się krople emocji nad dystansem coraz mniejszym.
Pamiętam: On się ze mną żegnał bez egoizmu.
Przestaliśmy się podziwiać , zaczęliśmy się rozumieć.
Ricardo jest literą dla głosek mojego życia uczuciowego. Zapisało się gdzieś pomiędzy słowami, zdjęciami, gestami to milczenie, które trwając zbyt długo unieruchamia na zawsze.
Wiem tylko, ze Bóg ciągle daje mi kolejną szansę. Rozkłada jak ogromny kram - ja tylko wybieram, uczę się znaczenia słowa 'wartość'.
Jeśli prawdziwy jest cel naszego stworzenia o jakim mówili najmądrzejsi – to czas zacząć stawiać kolejny krok.
Łatwiej jest chodzić kiedy ktoś Ci głosem zdecydowanie - czułym, do ucha mówi 'nie zmienię zdania'.
[nie myję dziś prawego ucha]
(6)

8 maja 2005 // 23:32
Dziękuję Ci Boże za to, że mam tak ubogą wyobraźnie.
Dziekuję za tego człowieka.
[za to, czego właśnie teraz nie umiem wyrazić słowami, a co się tak prosto nakłada we mnie w środku]
(9)

13 maja 2005 // 0:34
Idę czekając na skrzyżowanie, na zakręt, na most, tory - na zmianę koloru atramentu
Na ławkę, na której mogłabym przysiąść i zawiązać sznurówki.
Potykam się i z zażenowaniem podnoszę głowę
[coraz mniej do pozycji pionowej]
Tomek się odezwał dziś krótka wiadomością tekstową.
Aśka się już pakuje. [Świat mi się po świecie rozpływa]
Film był tak banalny, że gdyby nie Spike to rzuciłabym wszystkim i ukoiła kolkę w boku na leżąco.
Liczba 480 mnie przeraża, a czas goni, goni, goni...
Przeglądałam się dziś lusterku, ech...
(dodałam kilka linków)
(4)

13 maja 2005 // 22:32
Nazwanoby Cię piątku, dniem brzydkim i niezgrabnym, bo słupek przejechany, bo odbicie w wystawie nie takie jak trzeba, bo cera ciągle mnie czymś zaskakuje, bo pan Krzysiek jednak zabrał książkę [której ja nie przeczytałam z rzekomego braku czasu], bo w oczy patrzy mi tylko okulista, bo nie mam pracy i babka wyszła z zakalcem.
Jesteś dniem zmagania się z tym co gryzie.
Dałam z siebie wszystko na niepustych ulicach [ciągle czuje skrajności od totalnego braku zainteresowania do nadmiernej ingerencji w moje życie przechodniów równie niedoskonałych]
Popołudniem wzięto nożyce, pędzle, farbę i stworzono coś nowego za 23 polskie złote.
Pachnące balsamem nogi z jednym siniakiem na łydce, bez wzniosłych wyznań, bez uczuć i tęsknot. Jutro mnie poniosą gdzieś dalej...
(4)

16 maja 2005 // 14:23
Przyszedł taki czas, choć może chwilowy zupełnie, że nie zazdroszczę Krzychowi tych chwil na Mauritiusie. Żadnemu z księży nie zazdroszczę, nawet temu, co Go w sobotę namaścili krzyżmem świętym, a wczoraj go dzieci wianuszkiem czystości obtoczyły. Nie zazdroszczę Aśce tych Stanów, komuś, kto ma nową żonę, plany na przyszłość, umowę z wydawcą i Im nie zazdroszczę tych zaproszeń ślubnych, które rozdawać zaczną od jutra.
Mogłabym zazdrościć tej pani z autobusu, która najwyraźniej wykupiła już moje kolczyki z komisu i była dumna z ilości szlachetnych metali jakie są jej, w niej, na niej.
Nie, nie zazdroszczę jej, cieszę się, ze ktoś poczuł sympatie do rzeczy, które we mnie wzbudzały wspomnienia sytuacji zupełnie nieprzyjemnych.
Mogłabym zazdrościć komuś, kto nagle jak na zawołanie potrafi zmienić kierunek jazdy, zawrócić, przez okno porozmawiać o niczym z sąsiadem. Nie zazdroszczę - jeszcze się tego nauczę.
Zazdroszczę kotu, że się daje pogłaskać uśmiechniętym ludziom i nikt mu nie ma za złe, że odchodzi bez słowa.
uśmiechem kwituje to, na co patrzę
(5)

23 maja 2005 // 21:52
O wszystkim niby pamiętam, ale przypominam sobie w ostatniej chwili.
że Łukasz ma jutro urodziny (będę mieć czas zadzwonić?)
że za chwilę skończy mi się ostatnie opakowanie lekarstw,
że mam nie takie zdjęcie, jakie mieć powinnam,
że dokumenty są po to, żeby je bezsensu przenosić z miejsca na miejsce, z rąk do rąk (inaczej jest się człowiekiem niepoważnym, nieodpowiedzialnym, bezczelnym z tą swoją ignorancją)
że karty do telefonu mają swój termin ważności
że zrobiło się lato i trzeba zaopatrzyć się w jakieś letnie buty (pieniędzy brak)
że otrzymując informacje przydałoby się wysilić się na informacje zwrotną (koniecznie?)
że dentysta też człowiek i co go obchodzi mój złamany ząb
że są ludzie którzy uwielbiają się nazywać moimi przyjaciółmi (po co?)
Nie zapomniałam niczego jedynie w kwestii otwierania drzwi do Jastrzębia Zdroju. (radość?)
‘Higienę mordercy’ przeczytam raz jeszcze – jestem taka do niego podobna – przeciąganie liny między obrzydzeniem a zażenowaniem.
Od paru dni układam się przy naprzemienności nick cave i przyjaciele & pearl jam 'mtv unplugged'
(6)

26 maja 2005 // 22:18
Jestem
tylko o czym tu pisać?
o tym, że są Dni Matki zapisane pod znakiem wypadających po chemii włosach
czy lepiej o tym, ze rok temu dotykałam Jej zimnej ręki i cały dzień mimo upału jest mi zimno z jej nieobecności
Są chwile ciepła, o których potrafie mówić każdemu: czytam interesujacą książkę, opalając przy tym ramiona i kolana.
(5)

30 maja 2005 // 22:17
Napisałam kolejne podanie o ułaskawienie. Jutro je zaniosę punktualnie 7:35 rano do władz wysokich, wielkich potężnych i władczych oczywiście. Ułaskawienia nie dostanę, nie dostaję go od stycznia. Może przez to, że nie potrafię mieć wzroku ofiary, nie mam zamiaru błagać ich na kolanach, rozpłakać się, wpaść w histerię. Nie, nie – rozpłaczę się oczywiście... później, będąc już wśród ludzi, dla których mój płacz nic nie znaczy. Nie nakarmią się nim.
Jutro też stanę naga przed człowiekiem, od którego zależy moja przyszłość osobista, prywatna, emocjonalna być może. Popatrzy. Dotknie. Roześmieje się może albo zawstydzi. Od niego wszystko zależy i nic nie zależy, bo co niby może ktoś po 8 latach nauki magii.
A czy zaniosą mnie nogi do Ciebie?
[za trudny jesteś dla mnie. szach mat na kulistej szachownicy]
A dzisiejszy dzień taki piękny. Z upału zacierający się horyzont, jak na amerykańskim filmie. Z upału mdlejąca kobieta, z upału widziałam motyle w autobusie, z upału ktoś pomylił kierunek jazdy.
A teraz burza. Błyszczy całe niebo – ledwo widać wieczną lampkę w klasztorze po drugiej stronie.
Pragnę przylgnąć do Ciebie jak rozpalone żelazko do delikatnej tkaniny.
(3)
     
|