archiwum

2008

2007

2006

2005

grudzień

listopad

październik

wrzesień

sierpień

lipiec

czerwiec

maj

kwiecień

marzec

luty

styczeń

2004

2003


linki


kontakt


ownlog.com


layout

Wykonany przez Inez dla Szablony.Blogowicz. Należy również podziękować tej stronie.


1 czerwca 2005 // 23:37

Od kilku dni robiłam ten projekt, wczorajszą noc spędziłam na ciapraniu pastelami po wyżebranych kartach, bo miałam nocną wenę twórczą. Widziałam tę grafike oczami wyobraźni tak dokładnie, ze prawie jej dotykałam. Naiwnie wierzyłam, że jestem na tyle mądra, kreatywna i zaradna.

Już już już prawie skończyłam!

Tyle, że mam zawias na samej końcówce, więc mogę sobie pomarzyć jedynie o sukcesie.

Coraz czesciej myślę, ze moim przeznaczeniem jest mycie ścierą, gotowanie kluch i szorowanie kibla... w przerywnikach nosząc 10kg ziemniakó w rękach.

A On dalej nie powątpiewa w moje możliwość. Dwoje naiwnych.


p.s. Magik mnie postraszył szpitalem.

(4)



3 czerwca 2005 // 21:40

Zawias mi się cofnął, powiedziałabym zupełnie, ale nauczyłam się nie mówić 'hop' zanim nie przeskoczę. Tak więc jest ogromna szansa na skończenie projektu. Skończyłabym go nawet dzisiaj, ale nie miałam czasu - czytam 'małpę' Jandy - płaczę i śmieje się razem z Nią. Wciągnęłam się zupełnie i już trochę mniej mi żal, że nie jestem artystką [cokolwiek to znaczy].

Taki dzień zupełnie nieposkładany -do południa siedziałam na łóżku pisząc smsy do przyjaciół, że potrzebuje sił, bo do sprzątania nie mam nawet jak się zabrać. Fakt, burdel na kółkach i nie wiadomo od czego zacząć - może to z tego, a nie z braku sił. Pomarudziłam trochę nad sobą, zjadałam nospe, żeby brzuch się nie dopominał leżenia jedynie i zabrałam się. Zagalopowałam się nawet do przepisywania jakiś zupełnie niepotrzebnych mi notatek, wierszy i przepisów kulinarnych.
Znalazło się wreszcie na stoliku trochę miejsca na bukiet kwiatów uzbierany wczoraj; dziś mi się wydał ubogi, z ogródka więc zerwałam jeszcze kilka kwiatów, ale przedobrzyłam, bo ten mój wazonik malusieńki. [Lubię go, to taka butelka po 'kubusiu'pomalowana w kwiatki przez dzieciaki ze szkoły życia - przecudny w swej prostocie i niepoprawności artystycznej)

Ha! Bo z tymi kwiatami wczoraj to zupełnie piękna historia, nie opowiem całej, bo nie potrafię. Powiem jedynie, że z zauroczeniem (jakie się u mnie objawia zastygnięciem na chwile i niekulturalnie otwartą gębą) odkryłam malownicze okolice jakieś 2 km od mojego domu. Jeśli potrafisz sobie wyobrazić małe stawy, wśród niezaplanowanych ludzką ręką zarośli, mewy na śląsku, mnóstwo kaczek, bociana przy stosach skoszonego siana i śpiew żab, to wiesz o czym mówię. Wszystko w przemiłym towarzystwie. Żałowałam tylko strasznie, ze nie wzięłam ze sobą aparatu, ale taplając nogi w wodzie pomyślałam, że nic nie szkodzi, że straciłabym coś chcąc to zatrzymać na zdjęciu. Na swoje usprawiedliwienie, że odkryłam te stawy dopiero wczoraj mam jedynie, że te okolice, w których mieszkam są mi zupełnie nowe i tak bogate w skarby, ze odkrywać je będę jeszcze parę ładnych lat. Bukiet więc zebrany w drodze powrotnej, po tych kilkugodzinnych adoracjach przyrody.

Nocą jeszcze zwiedzałam nowy dom panny Celiny - śliczny, zazdroszczę jej widoku na tory kolejowe w oddali -to moje marzenie z dzieciństwa. Całe towarzystwo śmiało się ze mnie i z tych moich tęsknot za pkp w oddali. Potem były jeszcze wygłupy zupełnie nieprzyzwoite i baby sobie na znak jedności zrobiły chińskie tatuaże na wodę. Mam go na kostce, ale budząc się rano nie pamiętałam już co znaczył - dziecinne, ale bardzo mi tego było potrzeba, po całym tym ciężkim czasie, który się mam nadzieję kończy. Nic na to nie wskazuje, ale ja wierzę - naiwnie, prosto, żenująco być może, ale wierze, ze kiedyś się musi odwrócić.
Nie zapowiada się, bo dziś wyjechała do Holandii Yvette, Aśka już siedzi w Stanach, Karo za chwile zabierze tyłek w troki i zostanę tu w takim zmniejszonym składzie. Trochę się boję kolejnych miesięcy bez nerki, wątroby i serca.

Dopiłam kawę, spoglądam w okno - widzę tatę, jak pomaga sąsiadowi w budowie dobudówki, ostatnio widzę go tylko przez okno i czasem w nocy, przechodząc koło rodziców sypiali zaglądam jak śpią spokojnie.

Jak starsza pani się cieszę ogrodem, podglądam szpaki, które mieszkają na naszej działce, bawię się z psem, pogłaskam kota i czytam książkę. Nie co dzień tak jest. Czasem udaję kogoś, kto ma mnóstwo spraw do załatwienia, odwiedza urzędy, inspektoraty, ośrodki, lekarzy, na poczcie zapłaci rachunek. Mam buty na obcasie i klasyczną koszulę, torebkę i siano w głowie coraz większe. Suszy się z tej bierności, z odrzuconych próśb o ułaskawienie.

Długo dziś - chyba udzieliła mi się Kryśka, a może to nieświadomie z okazji rocznicy [to juz 250 notka]

(3)



6 czerwca 2005 // 23:47

Kiedyś Aśka mi powiedziała 'nie módl się skoro nie umiesz czekać'.

Mam 23 lata i ciągle się boję powiedzieć, ze się doczekałam tego czy tamtego. Boję się, że to pryśnie jak bańka. Pryśnie jak nieraz prysło.
Boję się, bo znam siebie, swoją niewierność, zakłamanie, brak pokory i egoizm.
Bo znam Ciebie np. i to nie pociesza zupełnie.

Bo ciągle modle się zwijając siebie w kulkę zamiast klęczeć.
[Ktoś kiedyś pociągnie za sznureczek i rozwinie ten kłębek, a potem się nitka poplącze i wszystko zniknie.]
Tak, tego się boję.

Choć dziś całuję Ci stopy życie Ty moje kochane! Całuję czule, choć mnie nie obrzuciłeś dziś kwiatami, ale gradem i deszcze zimnym po plecach. Choć płakałam oglądając zdjęcia, ale wysprzatałam miejsca na te jeszcze nie zrobione, a które wiem, że będą i będą wspaniałe.

Coś się dzieje. Jest tylu dobrych ludzi wokół. Jest Bóg.

I czuję na komórkach ciała niewidocznych, że rosnę. Może w siłę też.


'nie módl się skoro nie umiesz czekać' - jak wektor w najlepszym kierunku.

(6)



8 czerwca 2005 // 22:40

Ja... ja tylko powiedziałam, ze bez tego nie mogę już tak dłużej.
Nie straszyłam ich szaleństwem, samobójstwem, samookaleczeniem, rozpaczą. [a może wszystko to miałam w oczach]

Usiadłam na drewnianym krześle, zwijając w ręku szalik i patrząc rozmówcy prosto w oczy.
Usłyszałam, że nie mam szans, żebym więcej nie żebrała o to ułaskawienie, bo nic z tego... może w styczniu. Boże w styczniu! Może!

Wracałam już nawet nie załamana, bo przyzwyczaiłam się do słowa ‘nie’.

Długo szłam i padał zimny deszcz. Miałam złamany parasol i złamane poczucie własnej wartości.

Przyszłam do domu, usiadłam mokra na kolejnym drewnianym krześle i opowiadałam mamie, że nic z tego, ze ja się nie nadaję do tych czasów, że ja marze o epoce wiktoriańskiej, o św. Franciszku i tańszych biletach, telefonach i tuszu do drukarki.

A mama wysłuchała, ale nie potrafi kłamać, więc już wiedziałam, że coś ściemnia tak mnie słuchając bez słowa.

'Dzwonili, że jednak tak, ze masz te zgodę!' -tyle tylko powiedziała i popłakałyśmy się mogąc wreszcie uwolnić tyle miesięcy niepewności. W płaczu nawrzeszczałam jeszcze, ze 'świnia jest', bo zamiast mi od razu mówić, to pozwala pieprzyć o bzdurach.

Nie mam jeszcze tego na papierku dlatego się cieszę tak niedokońca. Czekam.


A wczoraj mi na spowiedzi ksiądz powiedział 'Zobaczysz, teraz się wszystko zmieni'
Pewnie nie wiedział jakie to 'wszystko' będzie pełne, bogate i wyczekane, nawet jeśli wcale nie będzie wszystkim.


(1)



10 czerwca 2005 // 23:54

Nieśmiało tam jutro jadę, jak do domu kogoś, kogo znam tylko z konspiracyjnej korespondencji.

[Ochlap wodą z przydrożnej kałuży. Inaczej się rozpłynę w samozachwycie. Głupia ja.]

Jadę zachłysnąć się tą relacją: ' Napełnij mą dusze falą ukrytej w Tobie niewyczerpanej czułości'

Jadę dojrzeć.
[dwuznaczność w jednoznaczności]

(5)



14 czerwca 2005 // 19:49

Kubłami mogę dziś rozdawać pozytywną energię. Kubłami!
Kochani moi taki śliczny dzień, tyle dobrego się dziś wydarzyło.

Po pierwsze :
Od samego rana baliśmy się, bo p. Jurek miał operację, na którą czekał bardzo, bardzo długo, ale się uparł, ze nie zapłaci i tak też zrobił, a operacją się odbyła rano i wszystko jest okay. Napisał połamanego smsa, o bardzo trudnej do rozszyfrowania treści, ale prócz mamroczeń po narkozie nic mu nie jest. Cieszymy się ogromnie.

Po drugie:
Od jutra nareszcie zaczynam prace. Dzięki Ance to mam i chyba ja będę całować po stopach za tą fuchę. Wyczekałam się w kolejkach dla bezrobotnych bardzo długo. Jak tylko skończę te 2 tygodnie, to idę do innej pracy [jak cisza to cisza, a potem bach jedna i druga zaraz za nią], więc wszystko mi się ładnie ułoży mam nadzieję do końca.

Po trzecie:
Wojtek tez od jutra do pracy i ta dzisiejsza komisja lekarska mu dobrze poszła.

Po czwarte:
Zdałam dziś za pierwszym podejściem prawo jazdy.

Po piąte i dziesiąte:
Coraz mocniej czuję, że droga, którą idę ma sens.
Tyle piękna wokół, ze wymieniając to wszystko rozbiłabym się o banał.
Dziś się po prostu nadermocno potrafię cieszyć najmniejszym szczegółem.

Do tego:
Kaśka się obroniła - tryska radością, Aśka dzwoniła ze Stanów - jest taka szczęśliwa, ze aż się można rozpłynąć

Życzę Wam cudownych dni.


(5)



19 czerwca 2005 // 22:33

Spaceruję po domu, po ogrodzie.
Zasypiam po północy i budzę się przed czwartą nad ranem, bo pies strasznie ujada, mnie bolą spieczone plecy i myślę. Myślę, o równowadze tego świata. Może to taka wielka bzdura, a może dlatego umiera ktoś przychodząc do domu najbliższych zjeść po raz ostatni wspólny obiad [jem to truskawkowe ciasto i jakoś smakuje inaczej - okraszone emocjami] Umiera, a gdzieś w szpitalu rodzi się jednak zdrowe dziecko, chociaż wszyscy się bali. Rodzi się i nareszcie Gabrysia może wydać ten okrzyk radości, na który czekali tak długo. Dla mnie to ani radosny ani smutny dzień. Żyję.

Myślę o tym, że jest mi dobrze, ze przykładam swój policzek do brzoskwiniowego policzka mojej mamy. Myślę o tym, że policzek Jej mamy jest blady, ze są daleko od siebie. Czwartek pod znakiem chemio i brachyterapii. Boję się a jednocześnie nie dopuszczam do siebie złych myśli.

Błogosławieństwa [kontrowersyjne].

Budzę się przed czwartą nad rano - niespokojna. Znów śnił mi się pożar, pozamykane drzwi, parzące klamki, dym. [Nocne rozmowy ze zmęczonym już pewnie św. Florianem]

Potrzebuję 7 tysięcy złotych, a na koncie 3,52 zł. Nie stawiajcie ogrodzenia wokół mojego Monte Everest! Nie stawiajcie! Cały rok trenuję żeby tam wejść.

Mam wrażenie, ze już się więcej nie zobaczymy, ze już niedługo rozsądnie będzie wykasować numer telefonu, zapomnieć gdzie mieszkamy, kiedy mamy urodziny, o której się kładziesz i gdzie jest ulubiona lodziarnia. W nieistnienie zamieni się ta radość, z którą o Tobie opowiadałam. Fascynacja i obrzydzenie w jednej koktajlowej szklance. Smacznego Gocha, smacznego!

Uczucie moje pasywnie-nieśmiałe, ja sama i karton pachnących wspomnień - mimo wszystko się ciągle błąkamy, bez stałego miejsca zameldowania.


'pod niebem pełnym cudów nieruchomieję z nudów
właśnie pod takim niebem wciąż nie wiem czego nie wiem

światło z kolejnym świtem ciągle nazywam życiem
które spokojnie toczy swą nieuchronność nocy

ten błękit snów i pragnień niejeden z nas odnajdzie
a niechby zaszedł za daleko
pewnie zostanie tam
pewnie zostanie sam

pod cudnym niebem jeszcze każdy choć jedno miejsce
być może ma i chwilę gdy godnie ją przeżyje

bo nieba co w marzeniach spełnia się albo zmienia
skłonni jesteśmy szukać do bram jego ciężkich pukać

spójrz gwiazdy matowieją i niczym się nie mienią
zwykliśmy je zaklinać i szczęście swoje mijać

bo w niebie z którego dotąd nie wrócił nikt bo po co
wieczna sączy się struga przyjemnej wiary w cuda'

['Pod niebem...' raz, dwa, trzy]

Od dłuższego czasu jedyna taka piosenka.

Dobranoc.

(9)



23 czerwca 2005 // 23:29

'Kto nie wie skąd przychodzi i komu siebie zawdzięcza, ten nie odkryje też, dokąd
powinien iść.' [F. Kampfhaus]



Zabrałam moją mamę na wycieczkę rowerową. Przez spokojne wsie, wśród małych domków zwykłych ludzi, wygrzewających się na słońcu kotów, pachnących kwiatów i szumu pracujących kosiarek do trawy poznawałam siebie, swoją mamę i te niezwykła relację między nami.
To dziwne jak zaczynają się odwracać rolę. Teraz to ja się martwię o swoją mamę, kiedyś to Ona z ogromną troską zabierała nas na 'wyprawy', patrzyła czy wszystko w porządku, czy mamy dobry sprzęt, czy tempo odpowiednie, zaklinała pogodę i wyczarowywała niewiadomo skąd jakieś atrakcje. Jedziemy a ja ciągle odwracam się, kiedy tylko tracę z pola słyszenia rower mamy. Martwię się, że może jej za duszno, że może nie nadąża, ze może coś z rowerem, coś z nogą, ręką, głową i nawet coś może z palcem u nogi. Mama się uśmiecha i mówi 'daję radę&', choć trasa nienajłatwiejsza. Głupio mi, ze tą swoją nadopiekuńczością mogę wpędzić Ją w kompleksy starszej pani, więc się doprowadzam do pionu i nic nie daje po sobie poznać.
Docieramy do celu - dom Aśki, w której Aśki już brak, bo siedzi sobie w Stanach, ale jest jej mama. Ta dwupokoleniowa, mądra przyjaźń trwa już od dawna. Ucieszyła się pani Irena z tych naszych odwiedzin. Jadłyśmy ciasto, piłyśmy kawkę a ja jak za dawnych czasów siedziałam tam taka dumna, że mogę być wśród dorosłych. Będąc dzieckiem słuchałam tych rodzinnych historii z otwartą japą, traktując każdy nieznany jeszcze fragment jak szaloną sensację. Dziś słucham o ich problemach i radościach, o urzędach, grządkach, niezapłaconych rachunkach, nowej świetnej maści na korzonki i przepisie na jabłecznik, przeszłości i planach na przyszłość i myślę sobie, że tak mało o pokoleniu moich rodziców wiem. Tak łatwo oceniam porównując do współczesnych warunków, a to taka zupełnie inna bajka. Dziś też siedziałam z [symbolicznie] otwartą japą, bo czułam się jakby to był zupełnie przełomowy moment, ze uczestniczę w czymś niezwykłym zostając świadomie 'włączoną' do grona starszych.
Dobrze mi z tą nową wiedzą, nową wrażliwością.


Popołudnie spędziłam w ogrodzie z małą Karolką bawiąc się w ciotkę. Były soczki, herbatki i lody. Była piaskownica, gonienie kota, wyrywanie sierści psu, wąchanie kwiatków, wyjadanie truskawek, biegi przełajowe i tarzanie się na sianie. Zero wyprodukowanych zabawek, telewizji, komputera, za to było roześmiane dziecko, które się na końcu rozpłakało, ze już musi jechać do domu.

Dziękuję, ze mogę odwdzięczyć się 'światu' za swoje cudownie beztroskie dzieciństwo.

A potem poczytałam rozmowy z Adasiem Nowakiem, Jonasem Gardellem i Małgośką Domagalik i już nie było tak błogo, zwłaszcza, ze padłam ofiarą krwiożerczych komarów.


(7)



27 czerwca 2005 // 23:25

Głupio mi.
Czytałam dziś rozmowę z Władysławem Bartoszewskim. Popadłam w kompleks niewiedzy, bez 'słownika wyrazów obcych i zwrotów obcojęzycznych' nie przebrnełabym przez pierwszą stronę. Ja wiem, ze nie mam się co porównywać z człowiekiem mądrzejszym ode mnie o 60 lat trudnych doświadczeń... ale jednak.

W nocy oglądałam z Wojtkiem Pride GP – wybaczcie, ale nie rozumiem. Przeglądnęłam stronki www i jeszcze bardziej się przeraziłam, że na świecie jest tylu fanów tego 'sportu'. Chroń nas Boże od takich dyscyplin sportowych, po których wskazana jest wizyta u chirurga, ortopedy, dentysty, neurologa i psychologa o ile nie psychiatry!



W planach mam wymyślenie jakiegoś dobrego prezentu na parapetówkę, przeczytanie ciągle przekładanego Remarqua, schudnięcie o dwa rozmiary i obmyślenie jakby tu znaleźć te 7 tyś., bo po co mi puste akwarium skoro nie mogę mieć rybek?

Śpijmy spokojnie - LPR troszczy się o nasze bezpieczeństwo moralne.
[bezsenność, bezsens]

Odzyskuję poziom piękna w sobie i otoczeniu poprzez 'sound travels (a restless soul production)' Nathan Haines.


(7)